Zapowiadał się naprawdę straszny dzień. Zaczęło się od eliksirów (lubię je, ale to co zrobił profesor przekracza wszelkie pojęcie!), więc stwierdziłam, że potem może być tylko gorzej. Ale, szczęśliwie, pomyliłam się (no, może nie do końca...). Większość lekcji przebiegła w miarę ciekawie (oprócz historii magii, ale to nigdy nie jest ciekawe...). Właśnie szłam do pokoju wspólnego Ślizgonów, kiedy natknęłam się na moich kochanych bliźniaków. Podbiegłam do nich na swoich krótkich nóżkach.
- Czeeeeść! - przywitałam się, wciskając się między nich.
- Hejo! - odpowiedzieli zgodnie. Mimo wcześniejszego zamiaru wrócenia do pokoju wspólnego i odrobienia lekcji poszłam z nimi. Miałam ochotę na rozrubę w naszym wykonaniu. Najlepiej z jakimiś dodatkami w stylu fajerwerków. Zapytałam więc:
- Co dzisiaj robimy? - uśmiechnęłam się przy tym konspiracyjnie. Nachylili się w moją stronę, a Fred zapytał:
- Co powiesz na jakiś wybitny dowcip dla Rona? - zaśmialiśmy się jednocześnie. W czym jak w czym, ale w tym, że dobry dowcip dla Rona nie jest zły, zgadzaliśmy się zupełnie. Nagle rozległ się jakiś głos:
- O! Dwóch i pół idzie! - Właścicielem głosu okazał się być Irytek. Pokazałam mu język i odkrzyknęłam:
- Mam Krwawego Barona na usługach, więc strzeż się mnie! - pogroziłam mu raz jeszcze i odeszliśmy.
- Gdzie jest Ron? - spytałam, kiedy dostatecznie oddaliliśmy się od Irytka. Pomógł nam w tym, bo leciał w przeciwną stronę wyśpiewując "Poszło sobie dwóch i pół do tego lasu! U, u!" w rytm "Szła dzieweczka do laseczka".
- Nie jesteśmy pewni. Ale mamy coś, co nam pomoże - oznajmił George, wyjmując Mapę Huncwotów. Skręciliśmy w korytarz, na którym nikogo nie było. - Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego - wyszeptał i oparliśmy się o ścianę. Kropka oznaczająca Rona znajdowała się w gabinecie profesora Snape'a. Z diabelskimi uśmiechami udaliśmy się w tamtą stronę. Nie potrzebowaliśmy planu. Najważniejsze było to, żeby mieć zabawę.
Do gabinetu doszliśmy dokładnie w momencie, w którym Ron go opuszczał (takie wyczucie czasu!). Fred od razu rozpoczął akcję:
- No co, Ronuś? Poszedłeś do Snape'a, bo korków potrzebujesz? - całą trójką patrzyliśmy na niego z wyższością. Nawet przy moim nędznym wzroście miałam autorytet! Wtedy włączył się George:
- A może praca domowa za trudna, a Hermiona nie może jej za ciebie zrobić? - zaśmialiśmy się zgodnie. Ron robił się coraz bardziej czerwony na twarzy. Obserwowaliśmy to z rosnącym zadowoleniem. Lecz nie miałam okazji się wykazać. Bo oto McGonagall zeszła do lochów. Widząc mnie, bliźniaków i Rona w tak jednoznaczniej sytuacji, pociemniała z gniewu, a jej ostre rysy stały się jeszcze ostrzejsze.
- Weasley'owie i Cross, co to ma znaczyć?! - potulnie spuściliśmy głowy. Trzeba wiedzieć, kiedy się poddać. Jednak tym razem nam się nie upiekło.
- Szlaban w sobotę! - Jej głos rozbrzmiał jak trzaśniecie bicza. Wytrzeszczyliśmy oczy ze zdumienia, chwilowo tracąc skruszoną postawę. Ron spoglądał na nas z kpiną.
Z cierpiętniczymi minami powlekliśmy się do biblioteki. Dlaczego akurat tam? Bo do żadnego pokoju wspólnego nas nie wpuszczą, a nic innego nie przyszło nam do głowy. Usiedliśmy przy stoliku i wyciągneliśmy książki. Trochę tej pracy domowej się nazbierało...
Z takimi samymi minami jak wcześniej, zaczęliśmy pracę.
~~~~~~~~~~
Na wstępie, chciałam przeprosić za wcześniejszy brak notek z mojej strony... :C Niestety mój dostęp do kompa był dość ograniczony, ale już całkiem spoko. ^^ Oczywiście ta notka jest trochę spóźniona, jeśli chodzi o akcję w historii Limonki, ale tak to bywa. W najbliższym czasie postaram się nadrobić. :3 Mam nadzieję, że się podobało i zapraszam do komentowania! :D
Jakie epickie!!! Więcej koniec ,,chorobowego"
OdpowiedzUsuńZ Rona to się robi prawie główny bohater (hue hue). Dwóch i pół mnie skosiło, Irytek moim mistrzem *kłania się*. Niecierpliwie czekam na 'nadrabianie', pozdrawiam i życzę duuuuuużo weny :3
OdpowiedzUsuń