sobota, 29 marca 2014

Rozdział 5 - "Czyli jak bliźniacy rozpętali piekło" [Laura]

Wreszcie nadszedł tak długo wyczekiwany przeze mnie dzień. Urodziny Ann miały odbyć się już dzisiaj. Wstałam i ubrałam się. "Całe szczęście, że nie ma dzisiaj lekcji" pomyślałam, z radością schodząc po schodach prowadzących do pokoju wspólnego. Było już przed dziesiątą (tak, w soboty odsypiam), więc niewiele osób tam siedziało. Nawet nie było wśród nich Draco. Najwyraźniej poszedł już na śniadanie. Uczyniłam więc to samo.
Jak się okazało, nie pomyliłam się. Siedział przy stole Ślizgonów (a gdzieżby indziej... dop.aut.), a po jego lewej stronie Crabbe i Goyle. Miejsce po jego prawej nadal było wolne. Podreptałam do długiej ławy i wepchnęłam się obok niego, niwecząc tym samym niecne plany Pansy. Hue, hue... Uśmiechnęłam się do niej wrednie i przywitałam się:
- Heeej, Draco! - uśmiechnął się do mnie i lekko poczochrał mnie po włosach. Pansy zarumieniła się ze złości. Podobno złość piękności szkodzi, ale w jej przypadku... - I wy, Crabbe, Goyle - zwróciłam się do zdezorientowanych chłopaków. Chyba zaskoczyło ich, że taki kurdupel jak ja zdobył uwagę Draco.
Posiłek minął nam nawet przyjemnie. Po skończeniu jedzenia ruszyliśmy do biblioteki, by nadal pracować nad projektem (strasznie dużo czasu on nam zajmuje...).
Zanim się obejrzałam, minęło kilka godzin (z przerwą na obiad, oczywiście~ :3) i zegar wybił, oznajmiając wszystkim, że oto nadeszła godzina szesnasta. Zerwałam się z krzesła i, żegnając pospiesznie Draco, wybiegłam z biblioteki, by zapakować prezent dla Ann.  Tu czekała mnie niespodzianka.
Kiedy weszłam do dormitorium i otworzyłam torbę, w której leżały słodycze, okazało się... Że torba jest pusta! Cicho krzyknęłam, gdy uświadomiłam sobie powagę sytuacji. Nie mogłam przecież pójść na urodziny bez prezentu!
Opadłam na kolana, uderzając się przy tym boleśnie. Nie przejęłam się tym za bardzo, bo najważniejsze było to, że nie mogłam sprawić Ann przyjemności. Chciałam od razu pobiec do wieży Griffindoru, co też uczyniłam.
Gdy dobiegłam na miejsce, zauważyłam Freda i George'a, którzy z diabelskimi uśmiechami wychodzili z pokoju wspólnego Gryfonów. Podbiegłam do nich z miną niewróżącą niczego dobrego.
- TO WY ZJEDLIŚCIE SŁODYCZE?! - krzyknęłam na nich, a oni cofnęli się odruchowo. Całą postawą przypominałam rozwścieczonego wilka albo coś jeszcze groźniejszego. Wytrzeszczyli oczy, widząc, jak bardzo byłam wkurzona. Jednak, mimo winy malującej się na ich twarzach, odpowiedzieli zgodnie:
- Oczywiście, że to nie... - zbyt zdenerwowana, by ich wysłuchać, przerwałam:
- Nie wy? Nie wy?! A kto buszował po bibliotece jak wróciłam z Hogsmeade? Nie wy?! - w miarę jak kontynuowałam swoją wypowiedź, miny bliźniaków były coraz bardziej skruszone. - Jak robiłam z Draco projekt? Nie wy?! Co ja mam teraz powiedzieć Ann? - zakończyłam zrezygnowana, bliska płaczu. Takie wahania nastrojów są dla mnie normalne, gdy się o coś strasznie zdenerwuję. Do oczu napłynęły mi łzy.
- My... Już to załatwiliśmy... - powiedział cicho George. Spojrzałam na niego zdziwiona i uniosłam jedną brew, w pytający sposób (nie wiedziałam jak to opisać... dop.aut.).
- No, bo... - zająknął się Fred. - Powiedzieliśmy Ann, że umówiłaś się z Draco. Znowu chciałam na nich nakrzyczeć. Jak mogli jej coś takiego powiedzieć?
Od razu zażądałam, żeby mnie wpuścili bo wieży, jednak oni uparcie nie chcieli tego robić "bo przepisy zakazują". Od kiedy oni przestrzegają zasad?! Wtedy poprosiłam moich bliźniaków, by zawołali Ann. Jednak nie zgodzili się, bo przecież trwa jej impreza i nie może wyjść. Jednocześnie jakby odciągali mnie od wieży Gryfonów, bo oto znaleźliśmy się na zupełnie innym korytarzu.
- Laura, spokojnie. Nic się nie sta... - przerwałam George'owi dość słabym uderzeniem w brzuch (biedaczek... :C dop.aut.). Pobiegłam pod wieżę, ale każdy kogo prosiłam, by zawołał Ann, odpowiadał "nie, bo jesteś Ślizgonką". Smutne.
Po około godzinie poddałam się i powlekłam do pokoju wspólnego. Zignorowałam Draco biegnącego w moją stronę. Weszłam do dormitorium i padłam na łóżko. Po moich policzkach popłynęły łzy rozpaczy.

~~~~~~~~~~

WYBACZCIE! Wiem, że spóźniłam się z terminem i w ogóle, ale po prostu nie miałam weny... :C I do tego taki trochę smutny ten rozdział wyszedł... Jednak mam nadzieję, że się podobało i zapraszam do komentowania! :D

2 komentarze:

  1. Złamię zasadę bo MUSZĘ skonentować TEN tytuł, ponieważ jest.... Epicki.
    Wspaniały.
    Życzę duuuużo zasłuzonej i przydatnej weny.

    OdpowiedzUsuń
  2. I prawda wyszła na jaw... Po raz pierwszy w życiu mam ochotę (mentalnie rzecz jasna) udusić Freda i George'a. Tytuł zgodzę się z przedmówczynią... epiczny B> Ja jak zwykle czekam na więcej i pozdrawiam <3

    OdpowiedzUsuń